Z niechęcią zbieramy się z popasu, ale droga jeszcze przed nami dość daleka i co najważniejsze – nieznana. Ulica nadal biegnie wzdłuż jeziorka (1,2,3,4), po niespełna 2-3 km mijamy, piękne dzikie plaże, no cóż.
Do Lecco mamy niespełna. 4 km. gdy na drodze pojawia się tunel (5) ze wskazaną długością 2200 m, bez drogi objazdowej, ale za to z … zakazem wjazdu dla rowerów! W perspektywie mamy powrót ok. 15 km i nadrobienie kolejnych 30, a że z tunelu wyjeżdżają kolarze mimo wszystko postanawiamy go pokonać. Osobiście jestem zdania, że zakazy są po to by ich przestrzegać, ale czasami po prostu się nie da. Z duszą na ramieniu pokonujemy tunel, ja się obawiam zasłabnięcia spowodowanego dużą ilością spalin. Tomek jedzie pierwszy i zachowuje ustaloną prędkość 20-22 km/h, ja jadę druga ponieważ jako jedyna posiadam światełko. 100 metrów za tunelem znajduje się kolejny – 1600m i już bez zakazu : ), a za drugim tunelem pojawiają się dwa mosty, które powinniśmy rozpoznać, ale nie rozpoznajemy! Pokonanie mostów oznacza wjazd do Lecco – tym razem z drugiej strony. W mieście rozglądamy się za marketem, który udaje nam się po chwili znaleźć. Po uzupełnieniu zapasów i zapakowaniu (6) ruszamy dalej. Jeszcze rozglądamy się za kawiarenką internetową ponieważ musimy wydrukować bilety powrotne na samolot, jednak się nam to nie udaje.
Po paruset metrach rozpoznajemy ścieżkę rowerową, na której rozpoczynaliśmy naszą wyprawę, więc bez trudu dojeżdżamy do campingu, gdzie dostajemy miejsce pomiędzy dwoma rodzinnymi namiotami z dziećmi. Sąsiedzi okazują się mili – pożyczają nam młotek do wbijania śledzi :D
Po kąpieli rozkładamy się z winkiem (musującym jak się okazało – ku niezadowoleniu mojego męża) na karimatach i w miłym nastroju spędzamy ostatni wieczór nad włoskim jeziorem. (7,8,9,10)
dystans dzienny: 69 km